Słońce właśnie wschodziło gdy się obudziłem w jadącym od zeszłego wieczora autokarze. Podróżowaliśmy z Manili do Legazpi. Był to zdecydowanie najbardziej komfortowy autokar jakim jechałem w życiu. Ogromne fotele z wyprofilowanymi zagłówkami, składane oparcia, rozkładane podnóżki. Idealny na nocną podróż.

mayon3 W cieniu wielkiego wulkanu

 

Za oknem ukazał się majestatyczny wulkan Isarog. Wierzchołek miał spowity w chmurach ale i tak wyglądał bardzo atrakcyjnie. Sprawnie zmontowałem aparat i zacząłem robić zdjęcia. Przez następną godzinę minęlismy jeszcze dwa inne wulkany aż finalnie dotarliśmy do naszego celu – wulkanu Mayon. Był to znak, że już koniec podróży.

mayon2 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon1 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon4 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon5 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon7 W cieniu wielkiego wulkanu

 

mayon6 W cieniu wielkiego wulkanu

Potrzebowaliśmy dostać się do sąsiedniego miasteczka Daraga. Wybraliśmy podróż Jeepneyem.

mayon28 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon24 W cieniu wielkiego wulkanu

Jeepney to wizytówka Filipin. Każdy jest inny, każdy ma imię i właściciela, który dba o niego jak o skarb. Wymalowane w fantazyjne wzory, pełne kolorów, cieszą oko każdego, a przy tym pełnią praktyczną rolę autobusu miejskiego i podmiejskiego. Pojazdy te są wiekowe. Bazą, z której powstała większość z nich są Jeepy Willys pozostawione przez amerykańskie wojska po II Wojnie Światowej. W większości z nich pracują rożnego rodzaju silniki Isuzu, ale są wyjątki pamiętające wojnę. Na zewnątrz jeepneya, z tyłu są 2 miejsca do stania, coś na wzór tych w śmieciarce. Zająłem jedno z nich by nie ładować się do pełnego ludzi środka z wielkim plecakiem. Ruszamy i z każdej strony pojazdy, kakofonia klaksonów, wszyscy trąbią, mijają nas to z lewej to z prawej tak blisko, że muszę czasem przykucać. Teraz my wyprzedzamy. Trwa nieustanna walka o każdy skrawek miejsca na drodze. Kierowca trąbi, bo wyprzedza nas ktoś inny, bo ma zamiar stawać, bo daje znać że może zabrać pasażerów… Stoję niczym gwiazdor podczas parady, ludzie uśmiechają się i pozdrawiają, przybijam piątki jadącym na zewnątrz innego jepneya dzieciakom. Dziesiątki pojazdów przed nami, jeszcze więcej za nami, wciskają się w każdą możliwą szparę, warczą, dymią. Po kilkunastu minutach jazdy kręci mi się w głowie od spalin, ale nie schodzę, czuję, że wreszcie oddycham Filipinami. Na głównej ulicy tłum jeepneyów i motocykli, trójkołowców ledwo porusza się do przodu. Poboczami brną ludzie. Jest około trzydzieści stopni, a przecież jest jeszcze tak rano! Na szczęście nocleg jest już blisko. Mała recepcja w korytarzu domu, w którym normalnie mieszkają właściciele. Jest sztuczna choinka i bombki, bo w końcu już listopad i do świąt został tylko miesiąc. Jedyne czego potrzebujemy to łóżko, padamy na nim jak muchy. Z Manili jechaliśmy całą noc by dotrzeć do Legazpi, później była opisana wyżej podróż do Daragi, miasteczka u podnóża wulkanu Mayon. Wielka, idealnie symetryczna, stożkowa góra wyrasta na prawie 2500 metrów ponad poziom oceanu. Wrażenie jest tym większe, że wulkan ciągle dymi. Raz na kilka-kilkanaście lat wybucha rozlewając świeżą lawę po stoku. Raz na kilkadziesiąt lat wybuch jest tak silny, że niszczy okoliczne osady. Mieszkańcy Daragi jak i pobliskiego Legazpi żyją nieustannie w cieniu olbrzyma gotowego zniszczyć dobytek ich życia w ciągu kilku godzin.

Ciekawość wygrywa ze zmęczeniem, ruszamy na spacer do centrum. Turystów brak, ludzie uśmiechają się na nasz widok. Jest tłoczono, na chodnikach rozkładają się sprzedawcy więc i tak większość spaceruje ulicą. Dochodzimy do targu warzywnego, kluczymy w jego zaułkach, próbujemy smażonych bananów, oglądamy nieznane nam owoce, stoiska z suszonymi rybami, różnymi rodzajami ryżu, ziołami i wszystkim co tylko możliwe.

mayon25 W cieniu wielkiego wulkanu

 

mayon29 W cieniu wielkiego wulkanu

 

mayon22 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon21 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon18 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon17 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon26 W cieniu wielkiego wulkanu

Gdy wychodziliśmy z noclegu pogoda była bardzo ładna, ale teraz zaczyna kropić deszcz. Po minucie pada równą ścianą wody, właściwie to leje tak strasznie, że widoczność spada do kilku metrów. Targ tonie w ogromnych kałużach. Rozwieszone w przejściach plandeki napełniają się wodą, która co chwilę wylewa się z nich w różnych kierunkach. Znajdujemy kawałek daszku i obserwujemy jak pewnien pan nie robiąc sobie nic z deszczu przenosi wielkie paczki z trójkołowca na jeden ze straganów wchodząc z uporem maniaka w największe kałuże i pod strumienie wylewającej się z plandek wody. Po chwili patrzą już na niego wszyscy co ewidentnie dodaje mu skrzydeł.

mayon16 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon15 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon20 W cieniu wielkiego wulkanu

Padać nie przestaje więc decydujemy się wracać. Ulicami płynie rzeka. Jedynym rozsądnym obuwiem na Filipinach są japonki. Gdy jest gorąco dają najlepszy komfort, gdy zaś pada deszcz doskonale brodzi się w nich po kostki, a czasem i do połowy łydki w wodzie. Kiedy wreszcie docieramy na nocleg deszcz słabnie, ale zrywa się ponownie po godzinie. Padać przestaje dopiero gdy jest ciemno. Wyruszam więc po jedzenie. Celem podstawowym jest odnalezienie baluta, czyli gotowanego, kaczego embrionu. Okazuje się, że nie jest to sprawa prosta. Na mieście mamy ogromny wybór smażonych kurczaków, udek, piersi, skrzydełek, podrobów. Jest gotowany w koszyczkach z liści palmy ryż, ale balutów brak. Dopytując się sprzedawców zostaję odesłany na…stację benzynową. Tam pytam ponownie. Zaskoczony ochroniarz wychodzi ze mną na zewnątrz i prowadzi ulicę dalej. Tam każe podejść do stojącego przy skrzyżowaniu starszego pana z koszem. Wreszcie sukces. W koszu wyłożonym styropianem znajdują się poszukiwane baluty. Biorę na początek jeden. Dostaję do niego zawinięta w papierowy rulon gruboziarnistą sól. Z lekką niepewnością rozpoczynam konsumpcję już na kwaterze. Sylwia siedzi do mnie tyłem i czeka aż będzie po. Balut okazuje się być wyjątkowo smaczny.

Następnego dnia wyruszamy przed wschodem słońca do nieodległych ruin osady Cagsawa. W 1814 roku wulkan Mayon eksplodował zalewając lawą okolicę. Z całej osady zachowała się tylko wieża osiemnastowiecznego kościoła. Zginęło ponad 1200 osób. Wiele z nich mogło uciec, ale zdecydowali pozostać w kościele i się modlić. Kościół spłonął razem z ludźmi.

mayon11 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon10 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon9 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon8 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon30 W cieniu wielkiego wulkanu

Z Cagsawy roztacza się genialny widok na Mayon. Trzeba tylko wstać rano gdyż przez większość dni w roku, zaraz po wschodzie słońca wulkan zasłania się chmurami i trwa w nich do samego zachodu. Stoki dymiącej góry są zielone, u podstawy otacza je pierścień palm, a dalej pola ryżowe. Snujemy się po nich odpoczywając od zgiełku miasteczka. Nie ma zbyt wielu ludzi, od czasu do czasu mijamy tylko bawoły, albo błądzące po groblach kury. Tuż przed Cagsawą znajduje się manufaktura produkująca donice, kosze na śmieci i inne produkty ze starych opon samochodowych.

mayon19 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon27 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon23 W cieniu wielkiego wulkanu

Z Cagsawy ruszamy do Legazpi, większego miasta nad oceanem. Błądzimy po centrum, odwiedzamy duży, 3-piętrowy targ. Tam znajdujemy opisane w poście o kulinariach wykręcone ananasy. Mijamy dziesiątki zakładów fryzierskich, sklepów z akcesoriami do motorów i trójkołowców, punktów ich naprawy, sklepów z małą elektroniką. W tych ostatnich można kupić podróbki wszelkich topowych modeli telefonów i tabletów. Odwiedzamy port, ale nie ma w nim nic ciekawego. Decydujemy się więc wejść na wzgórze Lignon by popatrzeć na okolicę z góry. Droga wiedzie asfaltem, ale jest dość mozolna. Upał zdecydowanie nie ułatwia sprawy. Na szczycie nie ma nikogo poza garstką pracowników baru. Widać, że sezon dopiero startuje. Szczęśliwie wulkan nie zasłonił się tego dnia całkowicie i mogliśmy obserwować go w całej okazałości.

mayon13 W cieniu wielkiego wulkanu

mayon12 W cieniu wielkiego wulkanu